film,  recenzja

[SPIDER-MAN: NO WAY HOME] Uczta dla geeków

Oto ostatni Pajączek w tej fazie MCU. Ostatni także film pełnometrażowy Marvela w tym roku. Czekaliśmy na niego długo i nie do końca było wiadomo, co dokładnie w nim zobaczymy. Plotek było co nie miara, a wiele z nich było trzymanych pod pazuchą do, tak naprawdę, wejścia do sali kinowej. Na której wszyscy klaskali i wiwatowali. Bo „Spider-man: No way home” to była prawdziwa uczta dla marvelomanów, geeków i fanów, jakiej jeszcze nie widzieliśmy.

Nie zepsuje Wam tej zabawy. Obędzie się bez spoilerów.

Bo ja przed seansem postanowiłam wyłączyć wszelkie alerty, które codziennie powiadamiają mnie o nowych informacjach z Marvelowego świata. Nie byłam na bieżąco od piątku do niedzieli, czułam prawdziwy niepokój, ale opłaciło się. Wyszłam z kina uśmiechnięta. Ale tylko dlatego, że całość okazała się być dla mnie dużym zaskoczeniem. Trochę podejrzewałam, trochę było widać, natomiast reszta – rozwaliła mi ten ośrodek w mózgu, który odpowiedzialny jest za wytwarzanie endorfin. Pojawiło ich się w moim organizmie potem miliony!

Nasz kochany Peter Parker po walce z Mysterio, zostaje ujawniony w mediach jako Człowiek-Pająk. Tak kończy się poprzednia część „Spider-Man: Daleko od domu”. Nie tyle co zabrano mu Starka okulary, to jeszcze przypadkowo zaczęto oskarżać go za rozwalenie Londynu, posiadanie broni wysokiego rażenia, jakim są drony po Tonym. Wszystko się delikatnie przewróciło, Peter stał się wielką gwiazdą, ale nie do końca lubianą. Mysterio pozostawił po sobie lekki niesmak, smrodek, który trzeba było sprzątnąć. Gdy miarka się przebiera i przyjaciele Petera nie dostają się na wymarzone studia, ten postanawia zwrócić się w stronę magii i spróbować szczęścia u Doktora Strange’a. Miał on się znać na rzeczy. Ale zaklęcie, które ma sprawić, że cały świat (oprócz cioci, MJ, Neda, Happiego…) zapomną o tym, że Peter Parker jest Człowiekiem-Pająkiem delikatnie psuje się, wykrzacza i otwiera lukę w multiuniwersum. I tak na ekranie ląduje Zielony Goblin czy Otto Octopus.. Kojarzycie?

Ja kojarzę, ale nie powiem Wam skąd!

Natomiast właśnie w tym momencie, otwieramy na dobre motyw multiuniwersum. Dobrze już rozparcelowany przez Wandę czy Lokiego temat, teraz odnajduje swój porządny zalążek i zaczyna się rozwijać, tworząc idealny grunt pod najnowszą część Doktora Strange’a, którego zobaczymy już w czerwcu 2022. Twórcy stworzyli z tego całą oś dla filmu, sprawiając, że poznaliśmy na czym w Marvelu to będzie polegać. I podoba nam się ta wizja! Szczerze powiedziawszy, spodziewałam się delikatnie czegoś innego. Ale ta interpretacja podoba mi się znacznie bardziej od mojego oryginalnego wyobrażenia. Wchodzimy proszę Państwa, na bardzo szerokie wody.

spider-man

Tak też nasz ukochany Spider-man walczy z potworami z innych wszechświatów, i widzimy go nie raz i nie dwa, udręczonego tym wszystkim co sobie w tej główce wymyślił. Powiedziałabym, że ten zwrot akcji, który spowodował całą główna jadkę jest strasznie naiwny i podstawowy, przez co mam wrażenie, że wracamy delikatnie do korzeni. A te korzenie to typowa „nostalgia”. Teraz już nie ma w naszym świecie tworzenia nowych postaci (jest, ale nie na taką skalę), jest za to masowe powtarzanie lat 90, 00 czy 10 w poszukiwaniu nowego sposobu na pokazanie tego, co było kiedyś cool. I jak bardzo uwielbiam wszystkie Marvelowe produkcje i starych Spider-manów, tak ta typowa naiwność, to jest coś, od czego chciałabym odejść na dobre. Tak bardzo wyzbycie z niej podobało mi się w „The Boys”, ale rozumiem, że u Marvela jest to niemożliwe. Naiwny ten Peter niech będzie. Ze swoim dobrym sercem i miną zbitego pająka mu totalnie do twarzy.

Jon Watts, reżyser „Spider-man: No Way Home” bardzo przygrzał w tempie.

W ciągu parunastu minut przechodzi od zalążka do sedna, nie dając typowym ignorantom na zastanowienie. A z drugiej strony, jest tyle momentów przeciągniętych i przegadanych, że aż głowa boli. Przynajmniej z 2-3 sceny bym usunęła, bo nic ciekawego nie wnoszą. Ale nie psuje to całościowego wrażenia, bo im dalej w las, tym bliżej jesteśmy tego, na co czekaliśmy najbardziej. I warto będzie czekać! Mimo że nie wszystkie walki są nakręcone z głową, bo kamera świruje, to ta główna ma wszystkie ręce i nogi na miejscu. To samo w kontekście dialogów – wprowadzono luźniejszą atmosferę, która momentami się nie sprawdza i jest dosyć sucha, ale pasuje. Generalnie czego bym nie znalazła i nie czepiła się, że jest w tym filmie minusem, nabiera sensu gdy dobrnie się do finału. Wtedy jesteśmy bardzo zadowoleni z tego co zobaczyliśmy, bo to wszystko tworzy całość. Jednak co raz gorzej będzie oglądać to typowym nowicjuszom, praktycznie przy następnych filmach już się nie będzie dało. To jest wielki minus dla Marvela, że gdy nie obejrzysz tego serialu, tamtego i tego filmu (np. moi przyjaciele oglądali to bez znajomości najnowszego Venoma, a powinni) to nie jesteś w stanie połączyć kropek. Dlatego uważam, że jak bardzo to wszystko kocham, tak co raz bardziej te filmy stają się ucztą dla jedynie, prawdziwych geeków. A “Spider-man” był najlepszą z nich!

spider-man

Marvelowi zaskakiwanie nas w tym roku wyszło. Oczywiście czas podsumowań jeszcze przed nami, natomiast już teraz powiem, ze był to bardzo mocny rok dla MCU i tego jak dobre seriale dostaliśmy w postpandemicznym świecie. Twórcy i Kevin Feige nie próżnowali podczas pandemii i przepracowali wszystkie błędy w poprzednim uniwersum, robiąc sobie porządną ewaluacje projektu. Jeszcze dużo filmów w tej fazie przed nami (do 2023), ale już wiemy, że ten wątek główny to jest coś! Chce więcej!

Ocena: K O N I E C Z N I E

Źródło zdjęć: netzwelt.de