recenzja,  serial

[THE BOYS] rozwalają na łopatki

Brakowało mi w tym roku dobrej dawki superbohaterskich emocji. Przez brak Marvela w kinach, odczuwam niesamowitą pustkę w tej, mojej małej przestrzeni sercowej. Nie ma adrenaliny, scen po napisach, gonienia za najszybszą recenzją, kolejnego świetnego (lub mniej) filmu. Nie ma spierania się na forach z prawdziwymi fanatykami MCU. Aż tu nagle, gdzieś zza pazuchy, pojawiło się „The Boys”. I totalnie wypełniło miejsce, które Marvel pozostawił w totalnej rozsypce.

Nie cierpię parodii.

Daleka jestem od śmiania się z superbohaterów, może dlatego, że nigdy nie widziałam niczego dobrego, uszytego tak by miało jakiś sens. „The Boys” to najpierw była seria komiksów napisana przez amerykańskiego pisarza Gartha Ennisa i narysowana przez Daricka Robinsona, opierająca się o parodie superbohaterskich komiksów. Wydawana w postaci miesięcznika od 2006 roku, stała się tak popularna, że Amazon wyczarował z niej serial. I to nie byle jaki!

Wyobraźcie sobie świat w którym macie pełno superbohaterów. I w sumie to codziennie rodzi się jakiś taki Pan czy Pani z super mocami i pomaga policji zwalczać przestępczość. Ale także wyobraźcie sobie to, że pewna firma postanowiła skomercjalizować zawód superbohatera, wpisując go na listę „najbardziej stresujących zawodów dekady”. W ten sposób, w fikcyjnym świecie „The Boys” istnieje Siódemka. Siedmioro superbohaterów, którzy ratują świat… ale też pozują na ściankach, pojawiają się na okładkach magazynów i bywają w śniadaniówkach. Widzisz ich twarze na chipsach, energetykach i batonach proteinowych. Nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy z nich jest celebrytą. W końcu – ratuje świat. Ale jak to popularni, mają swoje za uszami. Mają prywatne kluby, wielkie apartamenty i miliony grzechów. Łażą za nimi papparuchy i łapią na różnych dziwnych rzeczach. Tyle, że tym razem ich reputacja zarabia miliardy dolarów, więc każdy występek superbohaterów jest zamiatany skrzętnie pod dywan. Ktoś w ogóle kiedykolwiek zastanawiał się, ile przypadkowych ofiar poległo przy takim typowym „ratunku świata” Avengersów? No właśnie..

Pewnego dnia Hughie, idzie ulicą ze swoją dziewczyną, a ta nagle zostaje staranowana przez najszybszego człowieka świata, członka Siódemki – A-Traina.

Firma, która go zatrudnia i z niego wyciska kupę pieniędzy – Vought – proponuje Hughiemu duże pieniądze za to, by nigdy nie wspomniał o tym, że ów bohater miał coś z tym wspólnego. Hughie nie poddaje się tak łatwo, próbuje drążyć i walczyć, na własną rękę, ale wiele nie jest w stanie zdziałać. Znajduje go więc Rzeźnik, który ma podobną misję. Chce zdemaskować korporacje Vought, wszystkich superbohaterów i sprawić, by już nie byli tacy „super”. Do ekipy ściąga też Francuza, a potem Cyca, którzy razem tworzą tytułowych – Chłopaków.

Jak siadłam o godzinie 13 do tego serialu, to skończyłam o godzinie 23, ale następnego dnia. To tak wciąga! Nie da się od tego odejść nawet na minutkę. Ale może to też fakt, że ja po prostu uwielbiam taki klimat. Cała konwencja została oparta o role zepsutych, zniszczonych celebryto-superbohaterów oraz o zespół, który próbuje wszystko zdemaskować. Twórcy posługują się bardzo mocnymi scenami – seksu, walk, śmierci i wszystkiego, co możesz sobie wyobrazić. Nie przebierają w środkach. Przez co kojarzy mi się to bardzo z ruchami, które zastosowano w „Breaking Bad”. Tam pojedyncze odcinki, jakie nudne by sobie na początku nie były, rozwalała jedna scena, która była tak mocna, że nie potrafiliście o niej zapomnieć. „The Boys” wykorzystało to, ale także dodawało dużo ze swojego, superbohaterskiego podwórka.

Jak ostatnio praktycznie płakałam w każdym serialu nad budową i rozwinięciem postaci, tak tutaj muszę kłaść twórcom pokłony.

Jestem zachwycona tym, jak ludziom w serialu dano czas na to by się przed widzami wręcz upokorzyć. Tak! Każdy z nich dostaje antenowy przydział do tego, by przedstawić się i opowiedzieć coś o sobie, w jedyny w swoim rodzaju sposób. Zachwyca skomplikowana budowa postaci Homelandera – pewnego siebie lidera, najpotężniejszego bohatera, władcy świata, Pana Życia i Śmierci i jednocześnie… posiadacza mommy issues. Jego wszystkie relacje są transakcją, a walki wyrokiem śmierci. Gdy się mu przyjrzysz, widzisz pod tą całą powłoką zranione, małe dziecko, ale bez uczuć, jedynie z podejrzeniami, że coś takiego naprawdę istnieje.

Pierwszy sezon, w którym bazujemy na intrydze i całej akcji ze Starlight był równy, spokojniejszy, ale to w drugim sezonie dzieje się prawdziwa magia! Twórcy wykorzystali niesamowity potencjał płynący z historii i wycisnęli z niego jak z cytryny. Dodając swoim postaciom pieprzu i charakteru gdzie nie gdzie. Rzeźnik dostaje jeszcze większego impetu, a Deep rozkręca się na całego! Podejrzewam, że przez cały seans siedziałam z wywalonym jęzorem, bo nie było momentu, w którym się nudziłam. Co ciekawe, twórcy puszczali nam oczko w wielu scenach, mówiąc o postaciach, aktorach, serialach i różnych ikonach z naszego świata. Nie zapomnieli również o panujących trendach – tego na #metoo czy tego na „coming outy”. Ukazywali to w przerysowany i dobitny sposób, udowadniając, że nie trzeba robić całego filmu poświęconego LGBT. A ja krzyczałam i dziwiłam się za każdą przedziwną scenę, która wbijała mnie w moją najwygodniejszą różową poduszkę.

Ale wiadomo, nie ma rzeczy idealnych.

Gdzieś, gdzieniegdzie widać było, że Amazonowi coś nie podeszło z CGI. Parę pikselków przyuważyłam, coś się trochę nie sklejało przy efektach. W szczególności w drugim sezonie, sceny pościgów i walk były delikatnie niedograne, jakby im się bardzo śpieszyło. I jeszcze to puszczone oczko w kierunku fanów Avengersów… Czasami ten świat intrygi w okół tajemniczej substancji był za bardzo na wierzchu i brakowało mi używania przez superbohaterów ich mocy. W większości pierwszy sezon został lekko „przechodzony” przez nich, bez żadnych udziwnień. Dopiero w drugim na ekranie da się zauważyć niesamowitą moc Homelander, Stromfront czy Starlight.

Dawno nie widziałam niczego lepszego. Nie siedziałam cała taka zachwycona! Dajcie więcej, chce więcej, o tego, o tutaj! Na serio! To jest ta parodia, która mi się strasznie podobała. Którą mogłabym wpisać jako mistrzynie klasy i smaku, w roustach. To jest właśnie to.

Ocena: MUSICIE.

Źródło zdjęć: imdb.com, filmweb.pl