recenzja,  serial

[THE CROWN 4] Żyli pięknie i fałszywie

Mamy to. Czekaliśmy rok, by zobaczyć ich ponownie na ekranie i dokładnie tak, jak myślałam – jest to jedno z najlepszych rzeczy, jakie będziecie mogli zobaczyć w 2020 roku. Czwarty sezon „The Crown” to połączenie najbardziej trendy i palących wątków, w historii współczesnej rodziny Windsorów. Już widzę te pozwy na stole Netflixa, już widzę te ogniste sumy na stole Królowej Elżbiety, ale było warto!

Od samego początku istnienia serialu „The Crown” budzi on wiele kontrowersji – na pewno wśród postaci, które występują w serialu, a jeszcze żyją.

Ciekawi mnie z jakimi minami ogląda go Królowa Elżbieta i czy jest zaskoczona tymi wszystkimi plot twistami czy może klnie pod nosem. Nikt z rodziny królewskiej oficjalnie nie komentuje przebiegu i fabuły serialu. Ale nie, Królowa na pewno nie rzuca wulgaryzmów w stronę twórców Netflixowego hitu. Ona raczej woli nie zrobić nic. Natomiast twórcy – Peter Morgan – zrobili wszystko by historia była piękna, powabna, autentyczna i wciągająca, tak, by porywała tłumy widzów.

Poprzedni, trzeci sezon recenzowałam w tekście tutaj, biorąc pod warsztat cały dorobek ekipy produkcyjnej „The Crown”. Napisałam:

„Miałam wrażenie, że właśnie wlazłam do Pałacu Buckingham w 1960 roku, jestem na herbatce z Królową i Księciem Filipem, i sobie plotkujemy. Takie to wszystko jest tam realne.”

I dokładnie takie zostało. W czwartym sezonie znajdujemy się pod koniec lat 70 i brniemy do lat 90 XX wieku. Tym razem skupiamy się na kobietach i ich relacjach. Bardzo dyskretnie wchodzimy na audiencje Margaret Thatcher (Gillian Anderson) z Królową Elżbietą i randki Diany Spencer (Emma Corin) i księcia Karola. Te dwa wątki stały się pierwszy raz głównymi osiami sezonu i są budowane przez całe 10 odcinków, krok po kroczku. To na te momenty czekaliśmy najbardziej, bo to one w historii Windsorów odcisnęły największe piętno i zaczęły pisać, zupełnie nowe zasady przynależenia do tej rodziny.

Nie da się ukryć, że jest to najbardziej komercyjny sezon ze wszystkich.

Scenarzyści bardzo dobrze ułożyli wszystko, w jedną całość. Nadmuchali pewne sytuacje do postaci wielkiego balona, z którego nie szło spuścić ani odrobiny powietrza. W taki też sposób relacją między Żelazną Damą a Królową Elżbietą została nakręcona tak, że nie wiadomo do końca czy było tak naprawdę. Obie Panie bardzo w tamtych czasach zaprzeczały, utrzymując, że ich relacja jest profesjonalna, a nawet ciepła. Serial jest mistrzem w tworzeniu jeszcze większych pozorów i plotek. Ta została przez dzisiejsze social media rozgrzana do czerwoności. Wszyscy w nagłówkach spekulują, czy faktycznie Elżbieta nie cierpiała Margaret? Ale czy to było konieczne? Przez takie wstawki dość protekcjonalnie potraktowano znaczenie rządów Thatcher i nie pokazano najważniejszych momentów z tych 11 lat. Ukazano to wszystko jako grę relacji, a nie politykę, co może i sprzedało się lepiej, bo jest dużo łatwiejsze w odbiorze i rozkręcaniu, ale nie do końca było tutaj potrzebne. Udowodniono tym, że kobiety podczas swojego zarządzania bazują na emocjach – to czy kogoś lubią czy nie – a nie na konkretach. A nie o to w tym wszystkich chodziło.

Musze zaznaczyć, że jestem najbardziej zachwycona Gillian Anderson. Aktorka znana z fenomenalnej roli matki w „Sex Education” tutaj rozłożyła nas na łopatki jako Żelazna Dama. I nie tylko ona, ale i jej charakteryzacja – którą była pokryta cała! Czułam ciężar tego make-upu patrząc na nią za każdym razem, ale Gillian zmiotła wszystkich!

Na sam przód wystawiono najbardziej oczekiwane sceny z młodziutką Dianą.

Można powiedzieć, że scenarzyści „The Crown” mocno popłynęli w swoich dywagacjach na temat tego, w jaki sposób Karol poznał Lady, a potem totalnie rozpłynęli się w tytułowej „bajce”. Tak, Diana poznała swojego księcia na koniu, ale niekoniecznie to był biały koń. Bardzo też małostkowo podeszli do „życia małżeńskiego” pary, ukazując jak to rozmowy im brakuje. W paru chwilach chciałam wejść w ekran, potrząsnąć nimi i powiedzieć: po prostu ze sobą porozmawiajcie! Czy to jest takie trudne? Dano nam może okruszek ze szczęśliwych chwil, jakie ze sobą spędzili, a mogę się założyć, że było ich trochę więcej. A tak wyszło na to, że esencją ich małżeństwa były ciągłe kłótnie.

Ah Diana! Na początku Emma Corin nie zrobiła na mnie wrażenia. Chudziutka, malutka, z wypisaną na twarzy niewinnością i o wiele za młoda. Nie przypomina posągowej postaci Diany ze zdjęć. Ale na ekranie przechodzi przemianę! I dokładnie jak krzyczy w jednym z wywiadów:

„Wszyscy się mnie pytali, jak zagram Dianę. TĘ DIANĘ. (…) A ja mówiłam: Tak! Dokładnie tak! Stwierdziłam, że muszę na bok odstawić to wszystko co mówiło się o niej źle i pomyśleć o niej jako osobie, roli. Musiałam pomyśleć o tym psychologicznych aspekcie: co stało za tym wszystkim co robiła. I myślałam: o mój boże, ona jest IKONĄ!”

GLAMOUR UK – Tutaj

Dała z siebie wszystko. I miny, sposób mówienia, chodzenia i sceny pełne złości. Czy ktoś Emme trzymał w jakiejś piwnicy? Chcemy jej więcej! Poruszono lekko wątek bulimii, który niestety nie doczekał się żadnego “clue”. Wiemy, że był to poważny problem w życiu zestresowanej swoimi obowiązkami młodej dziewczyny, ale twórcy nie mieli chyba pomysłu na to by to zgodnie z trendami 2020 zakończyć. Kostiumy Księżnej – wtedy uchodzącej za ikonę mody – dopracowano praktycznie do pojedynczej niteczki. Odtworzono te z zaręczynowego video, te z wyjazdu do Australii i Nowego Jorku. Majstersztyk! Fani dostali najlepszą wersję tego, co dało się zrobić na ekranie. Film „Diana” z 2013 roku wygląda przy tym śmiesznie.

Nie ocieplono dzięki „The Crown” wizerunku rodziny królewskiej. Dla mnie stała się na pewno bardziej dostępniejsza, bardziej ludzka – bo jak każda rodzina ma swoje problemy, ale nie każdą rodziną rządzą takie twarde zasady. Każdy z nich stał się ofiarą tych wszystkich nakazów i zakazów. I dużo bardziej robiło mi się szkoda Karola i jego relacji z Camillą, wiedząc, że dopiero po wielu, wielu latach zostali małżeństwem i mogą żyć „długo i szczęśliwie”, a nie „pięknie, ale fałszywie” tak jak z Dianą.

Zdecydowanie jestem większa fanką trzeciego sezonu „The Crown”. Wzbudził we mnie emocje, o których istnieniu dawno zapomniałam. Sprawił, że włos mi się jeżył, gula podchodziła do gardła, a skórka drętwiała. Czwarty sezon jedynie spuścił z napompowanego balona pozostałe powietrze i przyniósł ulgę. Może nie mi, ale na pewno całej rodzinie Windsorów, która najbardziej się bała tego, co może tam ujrzeć. Te wszystkie przykre dla nich momenty zostały i tak bardzo łagodnie ukazane, za co twórcom należą się owacje na stojąco.

Ocena: Obejrzyjcie, musicie!

Źródło zdjęć: fashionpost.pl, onet.pl, serialowa.pl