recenzja,  serial

Tylko mi się podobała [ROZŁĄKA]

Kosmos kojarzy się wszystkim z wielką niewiadomą. Planety, odległe od nas o miliony kilometrów. Pustynne kręgi, na których nie ma (i może nie było) żadnego życia. Fascynuje nas ten temat strasznie, dlatego też powstają o tym różne filmy i seriale. Nie jest to może mój ulubiony motyw przewodni, ale na mnie i na reszcie świata wielkie wrażenie zrobił „Interstellar”. Wbił w fotel, pozbawił na chwilę tchu. W nowym serialu Netflixa „Rozłąka” momentami jest bardzo podobnie, co naprawdę zachwyca. Ale jak się okazało, tylko mnie.

Przeczytałam sobie przed napisaniem tego tekstu z cztery recenzje kolegów po fachu i się tak zastanawiam – skąd się wziął mój entuzjazm dotyczący „Rozłąki”?

Praktycznie nikomu się ten serial – oprócz mnie – nie podobał. Upatruje to jednak w tym, że dla mnie to była chwila wytchnienia z tematem, którego trochę się bałam. Nie ukrywajmy, podróże w kosmos są przerażające. A jak coś spadnie, nagle, i wchłonie Ci wszystko, co kochałeś? Come on.

„Rozłąka” to opowieść o pierwszej wyprawie załogowej na Marsa. Przewodniczy jej ciekawa Amerykanka – Emma Green (Hilary Swank). Na pokładzie Atlas 1, znajdują się również przedstawiciele innych nacji – Hindus Rem (Ray Panthki), Chinka Lu Wang (Vivian Wu), Rosjanin Misha (Mark Ivanir) oraz botanista Brytyjczyk Kwesi (Ato Essandoh). Bohaterowie walczą nie tylko z presją dotyczącą tej przełomowej wyprawy, która ma im zająć aż 3 lata, ale także z rozłąką ze swoim ziemskim życiem. Muszą stworzyć zespół nie do pokonania, na pokładzie statku, który pędzi 28 tysięcy kilometrów na godzinę w stronę planety oddalonej o jakieś lata świetlne… A na Ziemi, pozostawione rodziny, kochankowie i przyjaciele, muszą radzić sobie bez nich. Stąd powstały dwa główne plany: Atlasowy oraz ten w okół osób pozostawionych na planecie. Rozegranie tych planów trwa 10 godzin.

Podróże w kosmos są już nie tylko przerażające, ale są także skarbnicą wielu nieznanych, dla nas Ziemian, emocji.

Twórcy, Jessica Goldberg i Andrew Hinderaker (m.in robili także serial „Sekta”, który zbiera dobre recenzje) wymyślili sobie serial bardzo wyssany z palca, ale zadziałał. Ugładzili podróże w kosmos, dzięki czemu stały się dla mnie tematem do udźwignięcia, mimo że wcześniej wcale tak nie było. Oczywiście, może też tylko ja byłam tak rozbita po obejrzeniu „Interstellar”, że totalnie nie mogłam się otrząsnąć. A właśnie „Rozłąka” pozwoliła mi na wdech w temacie podróży kosmicznych, urealnionych do granic możliwości.

Ale recenzenci piszą o jednym: telenowela. Nie do końca! Fakt, ukazywane i przeplatające się wątki mają znamiona powkładanych tam trochę na siłę, po to by podgrzać atmosferę. Ten poziom dawkowania emocji mi akurat podszedł bardzo. Wszędzie jest zaznaczana ta tęsknota, która towarzyszy bohaterom na każdym kroku. Emma tęskni za córką, Mat za żoną, Misha za wnukami, Kwesi za matką i tak dalej. Dokładnie to trzeba było w serialu wybić, by ten tytuł miał w ogóle sens. Może dlatego też wielu wydaje się to po prostu za słodkie. A przecież nie nazwano serialu „Technologiczny lot na Marsa”, by przyglądać się kwestiom rozwiązań, które wprowadziła NASA, by ta wyprawa miała miejsce. To jest sci-fi, a nie dokument.

Komentatorzy na forach kłócą się o zgodność z nauką i procesami NASA.

O to, jaki jest czas opóźnienia rozmów ze stacjami na Księżycu. A ja mam takie pytanie: ktoś z nich kiedykolwiek rozmawiał z kimś, kto jest na Księżycu? Bo mam wrażenie, że nie. Z definicji, sci-fi, polega na tym, ze „fikcja” jest pod „nauką”, więc twórcy mieli możliwość osadzenia tego nawet w przyszłości, by pokazać, że postęp technologiczny umożliwił taki lot, a nie obowiązujące nas na dzień dzisiejszy rozwiązania. Zresztą – to tylko serial, musi być tak dokładny z prawdą? Ważne, że trzyma się podstawowych logicznych zasad. Nie pojawiają się tam nagle przecież latające marsjańskie małpy.

Miał on przede wszystkim zagrać na emocjach, a nie odsłaniać przed widzami prawdę na temat podróży w kosmos. Nie musi przecież opowiadać o technologii destylacji wody na statkach kosmicznych – ale jeśli ktoś chce, może przecież napisać do NASA i dowie się o tym więcej. Jest wiele lepszych seriali, które wprowadzą Was totalnie w klimat tych podróży ale ten miał inne zadanie. „Rozłąka” miała nam pokazać tęsknotę w jej najgorszym stadium – wtedy, gdy nie możesz wsiąść do pociągu i po prostu przyjechać ani kupić biletów na żaden samolot. Pokazywała nam jej różne stadia, etapy i poziomy – od najbardziej znośnego do tego stanu krytycznego, w którym chcesz nawet zawrócić tę pędzącą rakietę. Czuliście kiedyś coś podobnego? Ja nie.

To była też ta produkcja w której przekonałam się do Hilary Swank.

Aktorka, z wyczuwalną wadą wymowy i dosyć długim kijem w tylnej części ciała, nie była nigdy moją faworytką. Trochę nawet unikałam filmów z jej udziałem, bo wiedziałam, że mogę puścić pawia, przypadkiem. Ale tutaj bardzo dobrze mi się ją oglądało. Widziałam, że przyłożyła się do odgrywanej roli protagonistki Emmy, która jest w stanie zrobić wszystko, tylko po to by uratować swój zespół i wszystko, dla swojej jedynej córki. Fakt, że relacje te – między matką, a córką, czy między wnukami albo przyjaźnie – zostały ujęte bardzo płytko. Ale może to dlatego, że dzieliła ich w serialu odległość tej sceny? Jedni byli tam, a drudzy byli tutaj.

“Rozłąka” to rozciągnięty, sztampowy, oparty na kliszach serial – piszą koledzy ze Spider’s Web. A ja się totalnie z tym nie zgadzam. Był przydługi, był kliszowaty, ale co tam były za emocje! Ale okej, może to tylko ja mam takie wrażenie, bo pochłonęły mnie te sentymenty, łzy, krew, i miłość wydzielająca się z odcinków. Ucieszyłam się, że zobaczyłam coś tak przyjemnego, bo większość filmów o kosmosie traktuje jak mocne horrory. Dlatego też z ręką na sercu polecę Wam ten serial, a u mnie na Filmwebie zobaczycie w jego ocenie tłustą 9. Dokładnie tak!

Ocena: obejrzyjcie

Źródło zdjęć: popkulturysci.pl,