recenzja,  serial

[WYBORY PAYTONA HOBARTA] Podstawy kampanii wyborczej

Miałam napisać tę recenzje jakoś rok temu, gdy obejrzałam pierwszy sezon. Ale dokładnie jak to wszystkie sprawy polityczne – po czasie, wyleciało mi to z głowy. Jednak skoro dopadły nas takie a inne okoliczności, aż żal o tym serialu nie wspomnieć. „Wybory Paytona Hobarta” to serial większy niż jakikolwiek sitcom i komedia z ubarwieniem politycznym. To serial twórców, którzy jedynkę dostają za budowanie postaci, a solidną piątkę za przebieg fabuły.

Payton jest niezwykłym nastolatkiem w kalifornijskim liceum.

Został adoptowany przez bardzo bogatą rodziną lata temu. Jego matka jest ucieleśnieniem piękna, ojciec jest raczej zimny. Ma dwóch przybranych braci bliźniaków, którzy wyglądają jak greccy bogowie, ale grzeszą inteligencją. Payton ma jedno marzenie: zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Czuje w kościach, że urodził się po to by służyć narodowi w wyjątkowy sposób, pomagać ludziom, walczyć o polityczne wpływy. Chce pozostawić po sobie coś wyjątkowego. Payton dokładnie wie jak to zrobić by za te 20 lat tym prezydentem się stać. W pierwszym sezonie startuje w wyborach na przewodniczącego szkoły. Jego upór i konsekwencja wywołują istne polityczne (jeśli można tak nazwać to w liceum) szarady. Natomiast w drugim sezonie jest już na studiach w Nowym Jorku i ma zamiar kandydować w wyborach na senatora stanowego. Jedna z jego znajomych znalazła brudy, zrobiła zdjęcia na wieloletnią Panią Senator. Po czym namówiła Paytona, że to czas by wrócić do polityki. Tym razem, właściwej, dorosłej polityki.

Takie sitcomy zadanie mają jasne: rozbawić nas do łez. Trudno więc się dziwić, że „Wybory Paytona Hobarta” z rzeczywistością polityczną USA nie mają za dużo wspólnego, co może jedynie nazwę. Każdy podejmowany przez twórców wątek polityczny czy sprawa, która jest na tapecie w danym odcinku (a jest ich na prawdę sporo) to oderwany z memów, forów, komentarzy na Facebooku skrawek rzeczywistości. Daję solidną piątkę za lawirowanie tymi wątkami w zrozumiały sposób. Nie czujemy przez to na sobie przepychu ani zmęczenia tym, że w każdym odcinku problemy są inne lub w ogóle się one nie rozwiązują. Pierwszy sezon jest istnym polem licealnej i nastolatkowej bitwy. Te umysły przesiąknięte ideałami, wyobrażeniami i marzeniami zostają sprowadzone na dosłowną glebę. Payton przeżywa tam wzloty i upadki, próbuje do głów swoich kolegów wręcz wbić swoje postulaty, twierdząc że zostaną z nim do… prezydentury. Zarozumiały, z dziwnymi marzeniami koleś nie jest wcale agitatorem ani ulubieńcem tłumów. Gdyby nie jego upór i konsekwencja pewnie nie stanął by w bitwie o tytuł przewodniczącego samorządu szkolnego.

Jednak drugi sezon to już typowa polityczna przepychanka rodem z „House of Cards”. Prawie.

Tak, tego serialu, którego nigdy nie udało mi się obejrzeć, bo nudziłam się po 5 minutach i poduszka stawała się ciekawsza. W „Wyborach Paytona Hobarta” wszystko zostało przekazane śmiechem żartem, potyczki bohaterów były dziecinne, nie dotarły, mimo upływu paru lat, do świata dorosłych. Fabuła charakteryzuje się bardzo szybką, wartką akcją. W krótkich odcinkach upchnięto bardzo dużo treści, które koniec końców nie przydają się widzowi na przyszłość ani na dalszy bieg serialu. Nie trzeba przy tym za dużo myśleć, dywagować. To jest żadna produkcja, do której tęskni się dniami i nocami, wypisując listy błagalne do Netflixa o kolejny sezon. To taki serial, który bardzo przyjemnie ogląda się do wieczornej herbaty, chipsów, piwka i nowego loda na patyku kupionego w pobliskiej żabce. Świetny serial by na chwilę zejść z trudnych, wymagających treści. Przyjemny, ale w tej przyjemności nie ma ani grama sztuki.

Twórcy dostają zasłużoną jedynkę z rozwinięcia i transformacji postaci. Krnąbrny i zarozumiały Payton z pierwszego sezonu miał się czegoś nauczyć. Nie bez powodu sprowadzano go na ziemie ze swoich wybujałych marzeń. Na początku drugiego uciemiężony, nieszczęśliwy, wręcz ociekający depresją bohater, zostaje oświecony… i w ciągu pięciu minut wraca on do swojej „licealnej” postaci. Nie wyciągnął żadnych wniosków z przeszłości. Gra w swoją starą grę na zasadach, które zna tylko on sam i jego polityka. Gdy myślimy, że jego uczynki zostaną po raz drugi ukarane, temu jednak udaje się przejść niezauważonym. Rozwiązanie wątku z „urną” było bardzo naiwne ze strony twórców, niebezpieczne z punktu widzenia logiki. Nikt chyba nie jest w stanie uwierzyć, że taka sytuacja pozostałaby niezauważona przez pilnujące tego instytucje. Ale jak to mówią – to tylko sitcom. Nikt od niego nie oczekuje, że nada jakiegoś sensu grubszym sprawom ani że pokaże kogoś w dobrym świetle. Uwierzcie: nikogo ani niczego nie pokazuje.

„Wybory Paytona Hobarta” to prze przyjemny serialik.

Tak przyjemny, że jesteśmy w stanie dla tej przyjemności stracić trochę czasu i nawet w niektóre te herezje uwierzyć. Bawi, ale nic więcej. Wyśmiewa wszystkie polityczne kampanie i ich pracę od kulis, ale także bardzo ładnie zaznacza fałszywość tego świata. Zagrany jest na dosyć dobrym poziomie, fenomenalnie zrealizowany. Najważniejsze jest to, że spełnił swoją funkcję – śmieszył, dał nam rozrywkę na całkiem ciekawym poziomie, nie sprawiając żadnej niepotrzebnej irytacji. Najbardziej nie lubię jak coś co miało mi sprawić radość, ostatecznie wzburzyło moje emocje.

Mimo wielu momentów, w których twórcy mogli przekroczyć pewną granicę pomiędzy „byciem śmiesznym”, a „byciem hejterem”, jestem w stanie polecić Wam ten serial. Ale jako odskocznie od poważnych problemów prawdziwej polityki. Gdy będziecie mieli dosyć czytania nagłówków z TVP, oglądania debat czy nowych sondaży z naszego podwórka, możecie zawsze włączyć sobie Paytona. Tam zobaczycie, jakie to ten chłopak miał szansę na zmianę (podpowiem: nikłą), a i tak mu się udało.

Ocena: jako odskocznia, polecam

Źródło zdjęć: filmweb.pl